Wiadomość zła
Odczyt skrzynki głosowej CVR dokonany przez Instytut ES w Krakowie, wywołał euforię osób przychylających się do hipotez możliwości zamachu. Głównie tych fantazyjnych. To zrozumiałe, bowiem w czasie bez nadziei na jakiś przełom w badaniach, każde odstępstwo od stanowiska rosyjskiego MAK i polskiej KBWL budzi nadzieję wszystkich sprawiedliwych, - na przybliżenie się do prawdy.
Jednak trzeba zauważyć, że wyniki badań IES zostały przedstawione nie przez jakieś gremium budzące powszechne zaufanie, a przez Prokuraturę Wojskową i to w okolicznościach szczególnych, - w momencie ujawnienia ostrego konfliktu interesów na szczytach władzy sądowniczej. Interesów raczej nie związanych ze Smoleńskiem. Wystąpienie przez PW z transkrypcją IES było aktem głównie politycznym. Chodziło o PiaRowskie wzmocnienie własnej pozycji, także wobec obywateli, przez zademonstrowanie delikatnego votum separatum do odczytów rosyjskich.
Wnikliwa analiza danych z IES nie pozostawia złudzeń. Od strony technicznej - lotniczej, nie zmieniło się prawie nic. Przebieg katastrofy w jej podstawowych okolicznościach przedstawionych w raportach, jest taki sam. Zasadniczo, IES zmienił tylko słowa używane do opisu zarejestrowanych zdarzeń.
W nowej transkrypcji brak dowodu na brak uderzeń o drzewa. To, co MAK nazywał „Odgłos zderzenia z drzewami” w zakresie czasu 40:59,3 - 41:04,6 - IES podzielił i nazwał jako dwie grupy odgłosów:
- „Niezidentyfikowany odgłos”, 5 zdarzeń w zakresie czasu 41:00,5 - 41:01,5 oraz
- „Odgłosy przemieszczających się przedmiotów” w zakresie czasu 41:01,7 - 41:07,4 co jest końcem nagrania.
Porównując czasy transkrypcji MAK oraz IES trzeba pamiętać, że MAK przedstawił czas ze skrzynki CVR - synchronizowany ze zdarzeniami wg skrzynki FDR. Natomiast IES zrobił swoją transkrypcję tylko wg znaczników czasowych CVR. Dlatego, aby porównywać, należy do czasu MAK dodawać średnio 2-3 sekundy. Różnie, czasem mniej lub więcej, bo nie widać wyraźnej prawidłowości.
Dla przykładu, początek sygnału wyłączenia kanału przechylenia auto-pilota wg MAK to 40:57,9 a wg IES 41:00,8 (różnica 2,9 s). Albo, koniec nagrania wg MAK to 41:05,4 a wg IES 41:07,4 (różnica 2,0 s).
Na podstawie takich założeń widać, że np. jeśli MAK mówi o pierwszym odgłosie uderzenia o drzewa w momencie ok. 40:59,3 (tuż przed krytyczną brzozą), to odpowiada to czasowi wg IES ok. 41:02,3 w obszarze „przemieszczających się przedmiotów”. Ale, gdy dodać tylko 2 sekundy, to z „przemieszczających się przedmiotów” robi się „niezidentyfikowany odgłos” o czasie 41:01,3.
W sumie, wygląda to jak bezpieczne balansowanie IES tak, aby nikomu nie podpaść jasno określonym wynikiem badania, a ww. dwa określenia są niezwykle pojemne. Można przypisać im każdy odgłos.
Do złych wiadomości dodała się jeszcze jedna z ostatniej chwili. Zespół Pana Macierewicza dokłada wszelkich starań aby skompromitować siebie i środowisko polityczne któremu służy. Jeśli politycy wspierają się analizami pseudo-eksperta, to grozi im stanie się pseudo-politykami. 24.01.2012 zrobili kolejny krok w tym kierunku, pochylając się nad analizami fantasty z USA. Poziom prezentacji od strony technicznej; audio-wizualnej był kompromitujący. Trudno zrozumieć, że w tak istotnej kwestii, politycy tak wysoko posadowieni, nie potrafią zorganizować profesjonalnej prezentacji. Od strony merytorycznej, poziom przedstawianych tez - absurdów techniczno-lotniczych,
dobrze uzupełniał bałagan formalny tego spotkania. Dobrze wypadł Pan Binienda. Faktycznie, to trudno mu zarzucić grube błędy, bo nie dopowiada do końca swoich poglądów. Np. czyni dygresje porównawcze poboczne w taki sposób, że nie jest możliwa jednoznaczna interpretacja jego wywodów. Chyba jest świadomy, że wplątał się w politykę i dla jej celów musi naginać technikę. Jako specjalista prawdziwy, w sensie znajomości lotnictwa w odróżnieniu od Pana Nowaczyka, lawiruje aby uniknąć posądzenia, że momentami wspiera techniczne herezje.
Nie powiedziano niczego nowego, wszystko to było już w szeroko dyskutowane.
Na bazie nowości z IES i afery wokół Prokuratury Wojskowej, politycy PiS wykorzystali moment dla wzmocnienia ruchu w kierunku wznowienia badań smoleńskich. Jest to słuszne, jednak póki co prawnie zupełnie nieskuteczne. Oczekiwanie, że jakaś polska komisja czy instytucja mogłaby „odkręcić” prawno-międzynarodowe ustalenia MAK, jest niedorzeczne.
Wiadomość dobra
Hipoteza fantastów o wysokości samolotu ponad 20 m nad gruntem w miejscu, gdzie „pancerne” skrzydło przelatywało nad brzozą nie dotykając jej, jest prosto obalana rejestracją TAWS, który rejestrował tzw. Event'y, m.in. z dwóch Radio-Wysokościomierzy. Event nr 38 podaje odczyt Radio Altitude 41.562500 ft = 12,66 m, ok. 140 m po przeleceniu brzozy, oraz, że w tym momencie Sink Rate podawany przez Variometr na podstawie m.in. danych z Baro-Wysokościomierza, wynosił + (plus!) 394.352188 ft/min czyli ok. 2 m/s - samolot wznosił się. To pasuje do tezy ucieczki w górę rozpoczętej w rejonie brzozy, a zupełnie nie przystaje do rzekomego przepadania samolotu z wysokości pond 20 m nad brzozą - w dół do rozbicia.Łatwo sprawdzić, że w Event’ach poprzedzających, Sink Rate nosi znak minus - samolot tam opadał.
Oczywiście jakiś „ekspert” lotniczy podniesie zarzut, - że samolot przechylony na lewe skrzydło nie ma prawa wznosić się. Niestety, ma prawo i realnie będzie się wznosić. Wprowadzanie samolotu w beczkę auto-rotacyjną - figurę akrobacji lotniczej, polega właśnie m.in. na gwałtownym podniesieniu nosa i przechyleniu na skrzydło, a podczas beczki, samolot leci po linii śrubowej, tzn. wznosi się i opada na przemian, ale pierwszy zwój jest zawsze wznoszący. W Smoleńsku dodatkowo, w tym momencie był startowy wzrost ciągu wspomagający wznoszenie.
Optymizm tej wiadomości opiera się na nadziei, że zainteresowani politycy, wreszcie zaczną poszukiwać prawdy o NIEPRZYPADKOWOŚCI tej katastrofy i o PODEJRZANYCH jej okolicznościach, w przesłankach racjonalnych.

